poniedziałek, 12 listopada 2018

5. Playing with my demons.

Woda płynie. Nieprawdaż?

I płynęła. I już zawsze będzie płynąć. Niezależnie czy jest oceanem, czy rzeką, czy strużką ociekającą z kranu w łazience. Większej oczywistości nie da się powiedzieć.

A wiatr wieje? Zaprzeczy ktoś?

Nie ma podmuchu, który stoi w miejscu. Albo takiego, który nie może z delikatnego i czułego zmienić się w porywisty. W kradnący ludziom czapki.

I to są z fizycznego punktu widzenia prawdy nienaruszalne. Więc wysocy lub niscy, młodzi lub starzy, rozważający każdy banał lub idący bez zastanowienia na przód... Musimy po prostu je zaakceptować. Nie da się ukryć. Nikt jeszcze nie ujarzmił wiatru i wody dłużej niż na ułudną chwilkę. Albo więcej niż w malutkiej, śmiesznej, znikomej cząsteczce. Bo nie są one iluzją. Możemy bez problemu ich dotknąć, możemy powąchać to co ze sobą niosą. I nie istnieje potęga, która zabroni nam ich gonić.

Z tym, iż gonić wcale nie znaczy dogonić.

A ludzi pasjonuje to co nieosiągalne. Czyli mówiąc potocznie i bez romantycznej, magicznej osłony pięknych słów... Kręcą nas sprawy szybko przemijające. Bo choć marzymy o rzeczach wielkich i trwałych, to czasem chcemy po prostu się zapomnieć. Przestać być sobą. Połamać bariery. Pominąć fakt istnienia jutra. Olać konsekwencje i biec przed siebie. Krzyczeć w niebogłosy bez obaw, iż ktoś nas usłyszy, wzywając policję, która wystawi nam mandat za zakłócanie ciszy nocnej.

I choć sami, nawet we własnym sercu się do tego nie przyznajemy, to gardzimy granicami. Jednocześnie je akceptując. Jak podatki. Bo kto ma ochotę oddawać państwu swoje pieniądze? Zapłatę za własne sukcesy. Za ciężki, codzienny trud. Nikt. Ale jednak każdy niechcący problemów, porządny obywatel to robi.

Gdyż zasady...

Są stworzone aby ich przestrzegać. Podświadomie nieustannie marząc o ich złamaniu. A w dalszej kolejności o poczuciu się wolnym. Niczym powiewająca flaga. Albo tratwa unosząca się na fali.

I pewnie to dlatego miliony utartych frazesów oparte są właśnie na wodzie i wietrze. Przeminęło z wiatrem. Albo rzucasz słowa na wiatr. Lejesz wodę. Nigdy nie wejdziesz drugi raz do tej samej rzeki. I tak dalej. W zasadzie w nieskończoność.

Tylko... Czy normy fizyczne można odnieść do życia? Do uczuć? Do pragnień? Do duetu kłamstwa z prawdą?

Sęk tkwi w tym, że czasem nie można.

Bo na przykład taki tajfun czy inna trąba powietrzna to też wiatr. Przychodzi i odchodzi. Nadgorliwi naukowcy nigdy nie zdążą w stu procentach zmierzyć go, zważyć i oszacować co do głupiej  jednej tysięcznej z jaką wiał siłą. A ciekawska ekipa reporterska, która pojawi się następnego dnia na miejscu jego wędrówki nie ma co liczyć na zrobienie mu zdjęcia. Albo nagranie filmu. Może natomiast z zatrważającą precyzją udokumentować to co po sobie zostawił.

Ruinę. Przerażony tłum. Łzy. Szukanie bliskich. Resztki łóżek i krzeseł. Pokruszone kawałki chleba wśród szklanych odłamków półmisków na owoce.

Skutek bez przyczyny.


Ktoś nie jest przekonany? No to weźmy inny przykład. Nieco mniej drastyczny.

Wrzucamy coś do strumyka. Rzecz. Przedmiot. Nawet zbytnio nie zastanawiamy się jaki. Może to być plastik albo guma do żucia albo butelka po detergencie. Tak czy owak nasz szybki, mechaniczny ruch nie jest zbyt przemyślany. Ma na celu banalne oszczędzenie sobie czasu. Rezygnację z szukania kosza na śmieci. I zbrodnią raczej nie jest. Przecież z tych durnych, zwyczajnych przedmiotów nie wyskoczą nagle kolce, które pokaleczą nam beztrosko brodzące w płytkiej wodzie stopy. A nawet gdybyśmy mieli do czynienia z czymś ostrym lub skrajnie obrzydliwym... Prąd to porwie, bo przecież podobno wszystko płynie. Za chwilę nie będzie śladu.

Pozornie. Bo głupie resztki chemikaliów mogą zabić ryby czy inne wodne stwory. I pozostawić rzekę identyczną, z tym iż już nie tętniącą milionami oddychających istnień. A ostre skrawki butelek? Nas nie poranią. Ale osobę kąpiącą się sto metrów dalej już tak. W drodze na ostry dyżur ze szkłem w stopie, będzie nas ona pewnie przeklinać. Nie wiedząc nawet, że my to my.

Jak w życiu. Fajnie się rzuca słowa na wiatr. I cudownie leje wodę. Otwiera usta, napina struny głosowe, chwilę później z powrotem złącza wargi... Zapominając co przed chwilą wyrzuciliśmy w przestrzeń. Zapominając o zdaniach. Tych, których już nie złapiemy, nie odwołamy, choćbyśmy próbowali to zrobić miliony razy. I być może nasza głupawa paplanina zamieni się w trąbę powietrzną, która uderzy w czyjś dom. Albo odbije się od drzewa niczym bumerang. Pewnego dnia wracając do nas samych.

A nawet gdy staramy się mówić łagodnie i bez wyzwisk czy okrzyków... Oswajając niektóre wyrazy, często nieświadomie cholernie się krzywdzimy. Na przykład taka depresja. Używamy jej jako synonimu złego dnia. Nieprzespanej nocy. Chwilowego kryzysu. Nawet gdy złamiemy paznokieć czasem pokazujemy go komuś ogłaszając, że w nią wpadliśmy, bo przecież był taki ładny. I na dobrą sprawę wychodzi na to, iż niemal każdy ma depresję. Cierpi, marudzi tudzież musi sobie w nieskończoność dogadzać.

Szkoda tylko osób mających ją naprawdę. Tych ginących w tłumie przewrażliwionych na swoim punkcie lub zwyczajnie żartujących autorów pustych półsłówek. Tych błagających o pomoc wzrokiem, którego nikt nie dostrzeże. Bo przecież ból to wygłup. Przecież wszystkich coś boli, choćby mały palec u stopy. Przecież humor zmienia się jak w kalejdoskopie. Dziś wstało się lewą nogą, to jutro wstanie się prawą. Będzie spoko, don't worry be happy...

... A ktoś tam gdzieś w samotności umiera od środka. Tuż przy nas. Tylko, że go nie słyszymy. Zagłuszeni potokiem wyrazów. Rozbici przez absurdalne komunikaty. Zagubieni w miliardach okrzyków i we własnych planach.


Chwila naprawdę może trwać chwilę. Tydzień, dzień, jedną noc. Chwila w istocie może zupełnie nic nie znaczyć.
Ale może też wywrócić ludzkie życie do góry nogami.

Bezpowrotnie.

~~***~~

Chyba każdy lubił platformy internetowe z setkami darmowych filmów czy seriali. Zabijały czas. Dawały szansę na tępe zapomnienie o problemach i odruchowe, usprawiedliwione okolicznościami najedzenie się chipsami. I nieważne czy siedziało się przy nich samemu czy z drugą połówką, rodzinką lub gromadką przyjaciół. Zawsze przynosiły podobne uczucia. Odprężenie. Banalne wzruszenie. Spokój. Raczej nie dało się odszukać w ich zbiorach ambitnych treści mogących natchnąć do zmiany życia. Nawet gdy zaczynały rozprawiać o poważnych problemach to wszystko było jakby spłycone. Udelikatnione i ozdobione w estetyczną ramkę. Żadna kłótnia nie okazywała się wieczną. Żadna żałoba nie trwała dłużej niż krótki moment, ewentualnie rozciągający się na kilka odcinków.

Cóż. Z góry ustalony czas nagrania nie pozwalał na wgryzienie się w ludzką psychikę czy głębokie rozważania nad sensem istnienia. A nawet gdyby pozwolił...

Czy taka tematyką byłaby na topie? Dałaby radę zbijać tysiące dolarów?

Pewnie nie.

Nieistotne.

W każdym razie w tego typu scenariuszach bardzo często pojawiał się motyw powrotu. Bohaterowie pojawiali się po latach w rodzinnych stronach, złamani i pokruszeni przez kiepsko wykreowaną codzienność. Chcieli przeprosić wszystkich, których zawiedli. Wybaczyć tym, którzy zawiedli ich. Cofnąć w czasie wszystkie statki, pociągi i samoloty, dawno temu wybrane przez nich jako sposób tchórzliwej ucieczki od kłopotów. I znów po prostu najzwyczajniej w świecie być w domu. Usłyszeć propozycję wypicia herbaty i zjedzenia kotleta. A zaraz potem informację, iż na górze jest już pościelone łózko. W pokoju z kominkiem.

Nie czuła żadnej z tych rzeczy. I właściwie nawet nie potrzebowała poczuć. Szła przed siebie ani przez moment nie wydając się zagubiona wśród mijanych ulic. Wszystko było jak dawnej. Zmienił się może jedynie szyld na stojącym w centrum miasteczka markecie. I skrzyżowanie przy szkole, wreszcie obdarowane przez radę gminy sygnalizacją świetlną. Skądinąd tą, o którą jej rodzice bili się chyba najmocniej spośród wszystkich przedstawicieli lokalnej społeczności, w czasach gdy ona wraz z ich idealną Klarą chodziły do podstawówki. Zawsze musiały być najbezpieczniejsze. Najładniejsze. Najzdolniejsze. Najlepiej ubrane i jeżdżące na najfajniejsze wakacje.

Podobno najszczęśliwsze.

Wzdrygnęła ramionami, poruszona przez doskonale sobie znane mdłości. Te mrzonki nie miały już żadnego znaczenia. Nigdy w zasadzie nie miały. Były tak samo istotne jak fakt, iż kostki chodnikowe na ryneczku z czarnych zmieniły kolor na czerwone.

Zresztą... Kłamałaby twierdząc, że nie odwiedziła rodzinnych okolic od lat. Przyjeżdżała tu. Sporadycznie, ale jednak dość regularnie i konsekwentnie. W końcu to tu miała ulubionego fryzjera, u którego lubiła się pojawić z dwa razy do roku. I sklep z tanimi ciuchami, umiejętnie dającymi się podszyć pod te markowe. I perfekcyjną trasę spacerową. Ale przede wszystkim...

Miała kojącą jej skostniałą duszę zemstę. Wiedziała doskonale jakimi prawami rządzą się małe miejscowości. Każdy obgadywał tu każdego. Wtryniał się w jego życie pod pozorem sąsiedzkiej przysługi czy zaglądał przez okno w środek najintymniejszych brudów i sekretów, rzekomo chcąc pożyczyć cukier do ciasta. A już najbardziej na celowniku gapiów byli chyba Ci, którym powodziło się najlepiej. Ci pozornie weseli. Uśmiechnięci. Łażący całą rodziną w weekend na drogie obiadki do restauracji.
Jednym słowem ludzie spełnieni.

Jej pieprzeni matka i ojciec wpasowywali się w ten schemat wręcz wybitnie. Zawsze idąc ulicą z kilkadziesiąt razy słyszeli głośne dzień dobry. Byli zapraszani na wszystkie okoliczne śluby, chrzty i pogrzeby. Podobno ludzie uwielbiali ich towarzystwo. Równie mocno jak zacierali ręce gdy ona sama, mając niespełna szesnaście lat, nie dała już rady ukrywać coraz bardziej powiększającego się brzucha. I zaczął się pełen zawistnej satysfakcji osąd społeczny.

Jakie to banalnie. Co nie?

Skręciła w boczną uliczkę, wyciągając jednocześnie z kieszeni telefon i sprawdzając na ekranie czy czasem nie ma mokrych kącików oczu. Bo to jedno jedyne wspomnienie akurat nadal ją ruszało.

Albo raczej nie samo wspomnienie. Plotkarom nawet najlepszy temat nie wystarczał w końcu na dłużej niż jeden sezon. Pewno miesiąc później ktoś by umarł, potracił samochodem okolicznego pijaka czy został oskarżony o drobne oszustwo finansowe. I jej durna ciąża zeszłaby na dalszy plan. Gdyby nie postawa tych, którzy powinni ją wspierać najmocniej.

Zresztą...

Na samym początku swoich feralnych skostniałych lat, często zaczynała sobie myśleć, że to wszystko nie ma sensu. Że żadna zemsta nie jest warta niszczenia uczuć. Niszczenia przyszłości. Ale nie chciała kontynuować tego typu rozważań. Więc wyciągała z pamięci pewien moment. Zawsze ten sam. Moment rozpoczynający spełnione jakiś czas później marzenie o posiadaniu w klatce piersiowej zimnej bryłki lodu zamiast serca. Mianowicie kłótnie jej zajebistych rodziców z sąsiadami. Nawet nie wiedziała o co. Może o płot. Albo o wycinkę drzew. Albo o zastawienie cudzego miejsca parkingowego. Mniejsza z tym. W każdym razie w pewnym momencie padł kluczowy argument. Stwierdzający, że zamiast się awanturować, mogli zająć się swoją córką, zanim jeszcze nie została dziwką. I co zrobili po tych słowach szanowni sprawcy jej życia? Wycofali się. Z miejsca. Ze słowem przepraszam na ustach. Nawet nie zaprzeczyli.

Widać jabłoń, samochód czy parę desek, było już dla nich czymś ważniejszym.

A ona? Była za młoda, za głupia i za bardzo rozhuśtana przez hormony, aby wzruszyć ramionami. Patrzyła na tą scenę przez okno, rozmazana jednocześnie z błahego powodu ulubionych spodni, w które za żadne skarby świata nie potrafiła się już wcisnąć. I chyba wtedy błaganie aby ktoś ją przytulił zniknęło bezpowrotnie. Tworząc pustkę w duszy. Pustkę skądinąd szybko wypełnioną, bo przecież dusza nie potrafi być pusta. Wypełnioną przez bezwzględną nienawiść, objawiającą się znacznym przerostem formy nad treścią.

Taką do której zdolna jest tylko porzucona przez los nastolatka.

Nie da się ukryć.
Jęczała w samotności, gryząc starego pluszowego misia, przez słowo nie mające przecież dosłownie nic wspólnego z prawdą.
Więc postarała się aby oni też jęczeli. Ze wstydu. Dwa lata później. Gdy to słowo stało się przerażająco realne. I dosłowne.

Lubiła co pewien czas się tu pojawić. Przypomnieć o sobie. Wejść do sklepu i wybrać jakiś wyjątkowo krzykliwy i wulgarny ciuch. Taki którego w istocie nie założyłaby na własne ciało nawet w najobrzydliwszym możliwym momencie. Skoro wszyscy wydali na nią wyrok, to czemu miała się wysilać aby się mu sprzeciwić.

Wiedziała, że po każdej takiej wizycie jej rodzina ma problem aby spojrzeć ludziom w twarz. Czy iść na miejscową aukcję charytatywną. Albo w niedzielę na mszę.

I dokładnie o to jej chodziło.

Z tym, że potem skończyła z brudnym życiem. I poznała Michaela, czego wcale nie miała w planach. Okazało się, że poza zemstą mogą być jeszcze inne rzeczy, które ją cieszą. Bardziej tajemnicze. O wiele ciekawsze, bo nieznane, każdego dnia mieniące się przynajmniej jedną zupełnie nową barwą. Rodzące się powoli i w niewątpliwych mękach, ale z całą pewnością wartościowe. Lepsze od sprzedawania duszy za pozorny spokój.

Więc przestała tu przyjeżdżać. Ot co.

Ale teraz potrzebowała to zrobić. Po raz ostatni.

Jezu, jak to patetycznie brzmiało.

Bo gdy się wyprowadziła to jakoś nie mogła związać końca z końcem. A nie była jeszcze zbyt dobra w tym, w czym niewiele później stała się najlepsza. Więc gdy raz odwiedziła ją jej feralna, idealna siostra, wręczając jej kasę, którą pewnie zabrała rodzicom wcale nie pytając ich o zgodę, po prostu bez wahania przyjęła kopertę. W końcu uwielbiała koperty.

Jednak ta konkretna jakoś wyjątkowo ostatnio ciążyła. Bo przecież łatwiej skupić swój ból na wierzchołku góry lodowej, niż popatrzeć na to co kryje się pod wodą. I właśnie z tego powodu podczas wciskania drżącymi palcami cyferek, na zamrożonym zimowymi podmuchami bankomacie, czuła niemal dosłowny, namacalny ucisk. Cierpienie przeniesione z serca do ciała. Cierpienie uosobione banałem.

Odda im tą kasę. Odda  wszystko co do grosza. Przysłowiowo rzuci w twarz. I pokaże jak bardzo się pomylili. Pokaże, że ma się super. Nie jest wykolejona, ani nie jest na dnie. To będzie ostatni akt z życia mściwej i zawistnej Sary. Cholernie potrzebny aby ostatecznie je domknąć. I móc się skupić na tej drugiej. Tej, która myślała. Która chciała brać odpowiedzialność za swoje czyny. Która widziała świat szarym a nie jedynie czarnym lub białym. Która nie ujednolicała winy. Nie zrzucała jej w całości ani na innych, ani na siebie. Która nie myślała schematami. Która starała się nauczyć mówić do Angie. Która zaczynała chyba przywiązywać się do człowieka, oddającego jej w zasadzie za nic całego siebie.

I która... Była wciąż tak parszywie krucha, że bez podpierania przez tą twardą i złą, mogła po prostu marnie zginąć.

Krucha niczym przypadek postanawiający powołać ją do życia.

~~***~~

półtora roku wcześniej


Wszyscy chyba marzymy o idealnej historii miłosnej. Tak jak o jedzeniu. Jak o wakacjach. Jak o śnie.  Idealnej, to znaczy oryginalnej. Ale nieprzedobrzonej. Boimy się wydarzeń rodem z filmu. Bo przecież film kończy się w momencie ślubu. A życie dopiero się zaczyna. I bajka może nas w nim zniszczyć. Może wysłać sprzeczne sygnały, zaburzając prawidłowy odbiór rzeczywistości. Może wreszcie wykreować nas na jednostki skrajnie niedojrzałe. A my chcemy przecież być dorośli. Więc często wymyślamy. Zmieniamy fakty, aby powiedzieć coś ciekawego wścibskim krewnym lub znajomym, przed którymi chcemy zabłysnąć, jeśli spytają nas skąd znamy naszą drugą połówkę. Gdy tymczasem... To zawsze na swój sposób jest banalne.

Siostra kumpla? Brat koleżanki? Wspólni znajomi? Serio, tak pospolicie? Jak w płytkim, niedokończonym opowiadaniu autorstwa trzynastolatki.

Przyjaciele nagle odważający się poczuć do siebie coś więcej? Bredni się naczytali. Spaprają piękną relację, w zamian za kilka miesięcy zabawy.

A nagłe porywy serca? Szalona impreza, po której budzisz się i ni stąd ni z owąd czujesz, że po prostu przepadłeś? Albo zwyczajne wpadnięcie komuś pod nogi na ulicy? Spojrzenie w oczy, gdy zupełnie obca osoba podnosi Cię z ziemi i serce nagle podskakujące Ci do gardła? Nikt w to nie uwierzy. Z takich pierdół w realnym życiu może wyniknąć co najwyżej znajomość na jedną noc. Ewentualnie zakończona wpadką. A nie miłość, zmieniająca wszystko. Doprowadzająca nas przed ołtarz. Albo do grobu.

Na dobrą sprawę scenarzyści i pisarze zabierający się za coś romantycznego mają przewalone. Bo początek prawie każdej miłości wpisuje się w któryś z wymienionych schematów. Jasne, raz na milion przypadków ktoś wyniesie kogoś z pożaru albo podaruje mu nerkę. Ale czy to jest mniej słodkie i baśniowe od powyższej listy?

Nie jest. Związek zawsze będzie miał w sobie coś surrealnego. Chęć bycia najlepszą wersją siebie. Oddanie. Zmiany. Górnolotne decyzje i rezygnacje.
Uczucia wypełniające nas całych. Bo nie można na dłuższą metę czuć połowicznie. Czuć w próżni. Nie da się wyciszyć serca jednocześnie nie zrzucając go na dalszy plan.

Szkoda tylko, że zwątpienie, rozpacz i łzy także zalicza się do uczuć.

*

- Stefan, czy dałbyś radę nie sypać pieprzu do cukru?

Pusty, rozmarzony wzrok wiewiórki, patrzącej na niego znad trzęsącego się w jej dłoni kebabu, sprawił że zdał sobie sprawę jak mocno retorycznie zabrzmiało jego pytanie. Zresztą... Sam swoją drogą był w stanie, w którym Kraft bardziej go śmieszył, niż wzbudzał w nim chęć przepraszania wszystkich dookoła.

- Nie dałbym – gryzoniowaty uśmiechnął się, nie zważając jednocześnie na fakt, iż cały jest już upaprany majonezem – bo te przyprawy kłamią Michi. Życie to coś słodko-gorzkiego. Z domieszką pikanterii. Nie ma jednolitych smaków. Patrz, chciałem dziś poszukać matki moich przyszłych dzieci. Jak gentleman. A jestem pijany. I potrzebuję tylko kakao – wtulił się w plastikowy kubeczek.

Do niego też waląc pieprzu. Wraz z przyprawą do zupy.

Ten schemat powtarzał się już od jakiegoś czasu. W zasadzie odkąd poznał to oryginalne stworzenie. Mniej więcej co kilka miesięcy Kraft stwierdzał, że musi w jakiś prosty i przystępny sposób znaleźć kobietę na zawsze. Więc szli do pierwszego lepszego klubu nocnego, dużo pili, po czym głupek stwierdzał, że jest głodny i jednak nie chce dziewczyny tylko burgera. Łamanego przez czekoladę. Lub przez zsiadłe mleko. No to zmieniali lokal na byle jaki bar z fast foodami, pocieszał wiewiórkowatego stwierdzając, iż życie singla jest najfajniejsze na świecie, po czym wracali do domu. I tak aż do następnego razu.

Zresztą... To nie było tylko prymitywne, banalne gadanie po pijaku. W samotności naprawdę dało się odnaleźć coś dobrego. Jakieś pole do rozwoju. Przestrzeń do pracy nad sobą. Oraz przede wszystkim brak absurdalnych nadziei. Oszukiwania własnego ja, najczęściej kończącego się równie wielkim zawodem, gdy prawdy nie dało się już ukrywać.

Bo on sam był w życiu zakochany dwa razy. Albo... Raczej chciał być zakochany. Swoją pierwszą dziewczynę poznał mając lat szesnaście. Uroczą, naiwną, niewinną... Własną, tyle że damską kopię. Znajomi określali ich po prostu mianem słodkich, nic więcej. A jego mama uwielbiała lepić z nią pierogi.

I na pozór wszystko było idealnie. Wiedział jak ma się zachowywać. Kupował jej kwiatki, brał do kina i siedział przy niej jeśli zachorowała. Ale... Sęk w tym, że żadne z nich nie czuło chyba tego co czuć powinno. Gdy się nie widzieli przez tydzień czy dwa, to wcale przez to nie cierpieli. To znaczy on do niej dzwonił. I mówił, że tęskni. Bo dręczyły go cholerne wyrzuty sumienia z powodu braku tęsknoty. Tego gorącego nurtu w sercu, który przecież powinien stanowić coś cholernie zwyczajnego i oczywistego.

Rozstali się. Tuż przed maturą. Przyznała mu wprost, iż potrzebuje w życiu ognia. Faceta, który ją rozrusza, zmusi do wysiłku. Kogoś zupełnie innego niż ona.

Więc... Męczył go lekki zawód. Bo w końcu fajnie by było się zestarzeć z nastoletnią miłością. Ale ów zawód wcale a wcale nie przeszkodził mu rok później we wpakowaniu się w cholernie podobną historię.

Znowu nic nie czuł. Poza sympatią, poza przyjacielską troską, poza akceptacją ze strony wszystkich ludzi, którym ufał. Wydawała się cudowna. Wiecznie wesoła i nucąca zabawne piosenki, podczas gotowania spaghetti. Pasowało mu, że mieli te same ulubione knajpki, lubili te same filmy, razem kibicowali Barcelonie... Oboje marzyli by za parę lat posiadać dom z ogródkiem, psa i trójkę dzieci. Więc wszystko powinno pasować niczym dwa sąsiednie kawałki puzzli.

A pasowało jak Kraft do swoich o cztery numery za dużych kaloszy.

Z tym, że... Powtarzał sobie, iż nie jest już debilnym nastolatkiem. Ma zbyt wiele lat aby marzyć o miłości w formie mrzonek, wielkich porywów, szalonych gestów i gwałtownych zwrotów akcji. Aby śnić o namiętności czy tajemnicach. I kocha jak dorosły. Uczuciem, objawiającym się rozsądkiem. Zaufaniem. Brakiem choćby najmniejszych myśli o zdradzie czy skokach w bok.

Tym razem skończyło się chwilę po tym jak zamieszkali razem. Zamieszkali bo zgodnie z naturalną koleją rzeczy, tak wypadało. Spał sobie którejś nocy, wtulony w jej jasne włosy i nagle... Przyśniło mu się, że biorą ślub. Taki jakiego zawsze chciał. W białym kościele, z ładna sukienką, całą wielką rodziną, tudzież z Kraftem roniącym głośno łzy. Ale... Pojawił się jeden problem. Gdy doszło do i że Cię nie opuszczę aż do śmierci zwyczajnie zamilkł. Nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Ani w tym śnie, ani gdy już otworzył oczy.

A choć sny są absurdalne, choć powstają ze zlepków setek słów, myśli i zdarzeń, które dawno już wyparliśmy z pamięci, to czasem... Okazują się zbyt realne, aby nasz instynkt potrafił je zignorować. Widzimy w nich wyrzuty, strach i zawód. Widzimy rzeczy przerażająco rzeczywiste. I koszmarnie dosłowne. Widzimy finał, do którego nigdy przenigdy nie chcielibyśmy dopuścić... Wiec postanawiamy... Się nie budzić. Żyć na jawie tak jakby była ona przedłużeniem mrocznych, nocnych wizji. Dziękując snu, że nas ostrzegł. Choć jednocześnie tak wiele nam zabrał. Tak mnóstwo oczywistych rzeczy nagle przemeblował.

Zerwał z nią. Z ulgą stwierdzając, że ona też zbyt mocno tego nie odczuła. Każde poszło we własną stronę. I chyba... Coś w nim pękło. Nie miał ochoty na kolejne nieudane mimo iż idealne relacje. Skoro ciągle był smarkaczem marzącym o bajce z księciem, królewną, białym koniem i romantycznymi uniesieniami, zamiast o dojrzałym, statecznym związku to widać musiał zostać sam.

I ograniczyć swoje zaangażowanie w sferę uczuć do bycia przyzwoitką wiewiórkowatego. Na randkach, do których najczęściej nawet nie dochodziło.

Tyle. Amen.

- Dziś naprawdę byłem gotowy żeby kogoś poznać – brunet wyrwał go z krainy rozmyślań – posprzątałem mieszkanie. I położyłem wino na stole. I młotek!
- Słucham?

Nie. Chyba jednak nie chciał słuchać...

- No młotek. Taki duży. Żeby pomyślała sobie, że jestem męski i umiem wbijać gwoździe. Więc pomaluję też ścianę, złożę sofę z Ikei...

Jasne.

Gdyby to było takie proste to każdy zostawałby drwalem. Zamiast się starać i zawodzić. Zamiast zmuszać serce aby słuchało rozumu, po czym z bólem stwierdzać, iż ono nigdy nie dopasuje się do reguł i nie podda. Nigdy nie zrezygnuje z roli upartego chochlika, ciągle robiącego nam psikusy. Choć milion razy powtórzyliśmy mu już, że nie wolno. Że jesteśmy szczęśliwi i spełnieni bez jego durnych wtrętów.

- Michi, patrz!
- Kraft, piszczysz jak chomik w kołowrotku.
- Ale patrz.

Zobaczył kosz na śmieci. I lodówkę z puszkami coca-coli.

- Patrz na tą dziewczynę debilu. Mruga do nas oczami.

A czym powinna mrugać. Uchem? Zębami? Nogą?

- To idź do niej, skoro Ci się podoba – jęknął – z tym, że znajdujemy się w barze mlecznym, a nie w klubie nocnym. Nie dziw się jak da Ci w twarz. Albo nie daj Boże jak pojawi się jej facet.
- Czy Ty nie widzisz głąbie, że ona jest ode mnie wyższa o głowę? Ty do niej idź.

No jeszcze czego.

- Kraft... Nie wierzę w znajomości na jedną noc. Nigdy bym czegoś takiego nie odwalił – lekceważąco machnął ręką, klepiąc jednocześnie gryzoniowatego w łeb. I nadal uparcie nie chciał odwrócić wzroku, w pokazywanym przez kolegę kierunku.

Może to też był instynkt samozachowawczy?

- Jedna noc – oburzył się Stefan, powtarzając michaelowe słowa – skąd tyś się urwał taki sceptyczny? Jak ślepy kret, zbyt leniwy żeby wystawić nos ze swojej śmierdzącej kretowiny.

Skąd? Z dwudziestego pierwszego wieku.

Którego swoją drogą ta idiotyczna kretowina stanowiła całkiem dobry synonim. Wszystko perfekcyjnie dopracowane. Niczym system podziemnych korytarzy. Ale kompletnie pozbawione światła. Wręcz cierpiące na światłowstręt.

- Znasz jakąś parę, która poznała się w biegu i jest razem tak na poważnie?
- Znam! Moi dziadkowie wpadli na siebie na potańcówce w stodole. Pięćdziesiąt osiem lat temu. Przypomnę Ci, że mają pięcioro dzieci. I jedenaścioro wnuków, w tym mnie. Do dziś dzielą się nawet protezą do zębów. A jeśli nie wierzysz w moją rodzinę... Twoja własna kuzynka spotkała swojego męża na charytatywnych targach ceramiki.
- Jaka znowu...
- No ta. Anna czy inna Hanna. Rzygałem na jej weselu łososiem.

Chryste Panie.

- Czy naprawdę musisz teraz wspominać...
- Muszę ciołku – Stefan sięgnął do plecaka wyjmują z niego do połowy opróżnioną butelkę – bo czas w końcu znaleźć sobie porządną osobę towarzyszącą. Nieplującą rybą w kierunku twoich krewnych – odkręcił korek – nie mogę patrzeć na te procenty. Ale Ty pij. Bo już bigos autorstwa Koflera jest smaczniejszy od Twoich gadek.

Prychnął. Po czym typowo w swoim pijackim, wiewiórkowatym stylu, wstał, okrążył stolik, podszedł do Michaela i z całej siły przekręcił mu głowę. W odpowiednim kierunku.

Albo raczej w totalnie nieodpowiednim.

Często mówimy o tym, że alkohol nas gubi. Wykorzystuje niczym skończony potwór i złoczyńca. Bo chcemy się tylko zabawić, a pod jego wpływem robimy rzeczy straszne. Popełniamy błędy, o które nigdy byśmy się nie podejrzewali. Z tym, że czasem... Jest wręcz na odwrót. To my żerujemy na alkoholu.  Gdy nagle zaczynamy pożądać zachowań kompletnie do nas niepasujących. Gdy odkrywamy w sobie pokłady nowych, nieznajomych pragnień. Pięknych. I kuszących. Z tym, iż  na wszelki wypadek musimy mieć pretekst, aby za nimi podążyć.

Najlepiej skrajnie banalny pretekst.

*

Szczęście na lata. I niekończące się przekleństwo.
Alfa i omega. Początek i koniec.
Wyjątkowy zbiór przeciwieństw.

Które często okazują się cholernymi synonimami.

*

Tak. Owszem.

Patrzyła się na nich. Albo raczej zgodnie z prawdą na niego.

Bo to był cholernie nurzący, kolejny z rzędu dzień bezsensownej pracy. Rano zajmowała się rozwydrzonym bachorem jakiś zabieganych rodziców. Potem przez osiem godzin sprzedawała ludziom frytki. A na koniec, już pod osłoną nocy myła czyjś durny apartament. I jakoś nie miała ochoty udawać się do domu.  Do swoich super koleżanek, które zakładały się tylko jak długo jeszcze wytrzyma zanim wróci do poprzedniego zajęcia.

Czyszczenie okien i włosy w tłuszczu były wbrew jej godności, fakt. Z tym, iż jak się okazało siniaki na twarzy godziły w tą godność jeszcze mocniej. Bo ona wraz z mściwością... Były niczym kontynenty w pradawnych erach geologicznych. Połączone i zespolone. Ale wystarczyło kilka losowych kataklizmów, komet, trzęsień ziemi... I się rozpadły. Oddaliły o tysiące mil. Niby nadal posiadały pasujące do siebie kształty. Dało się znaleźć ich wspólne elementy, wspólną tożsamość. Jednak fizycznie nie  było już siły, aby ponownie zbiły się w jedność. Każda zaczęła mieć swój własny klimat. Własne zwyczaje. Z czasem własnych obywateli i własną kulturę.

Tyle.

Więc od dziesięciu miesięcy sprzątała kible i kołysała cudze smarkacze. Korzystała z przykrywki wielkiego miasta, w którym tak łatwo było zmienić wizerunek. A po pracy... Znalazła sobie nową rozrywkę. Inną od zemsty. Choć tak mocno z nią spokrewnioną.

 Mianowicie lubiła siadać w różnych lokalach, barach i tanich restauracjach. Tak. Tych samych, o których rok później, wtulona w Michaela, myślała z jawnym obrzydzeniem. Albo... Po prostu kucać na ławce w parku. Wieczorami. Nocami. Czy w przerwie między jedną a drugą robotą. I bezczelnie gapić się na ludzi. Wyszukiwać ich wady czy słabości. Podbudowując tym samym własne ego.

A już najbardziej upodobała sobie dziewczyny w swoim wieku. Śliczne, kompetentne studentki. Które pod osłoną ciemności wyrywały w knajpach obcych gości. I wychodziły tryumfalnie na zewnątrz, trzymając ich za rękę. Jej rodzinka powiedziałaby pewno, że jak zwykłe dziwki. A gdy wstawał dzień? Widywała takowe w ładnej kawiarni, stanowiącej dla niej jeszcze jedno źródło dorobienia paru groszy. Z dumnymi z nich matkami. Albo z cholernie przystojnymi młodymi elegancikami. Piły ziołową herbatkę, malowały usta na gustowny kolor, szpanowały legitymacją prestiżowych kierunków na lokalnej uczelni i obfotografowywały się na tle kwitnących kasztanowców z pracami licencjackimi lub magisterskimi. Czy serio były od niej lepsze? Czy serio należał im się zachwyt i tytuł nadziei pokolenia, a jej pogarda?

Nie. Nie uważała tak. Przynajmniej wtedy. I w gruncie rzeczy... Jednocześnie obok zawiści czuła do nich coś w rodzaju wdzięczności. Ilekroć bała się, iż może zacząć męczyć ją ból na kształt wyrzutów sumienia, przypominała sobie ich uśmiechnięte twarzyczki.

Po czym wyobrażała, że może na drugim końcu kraju, w stolicy, jej idealna, święta siostrzyczka, zawsze gotowa do litości, wsparcia i podawania w sekrecie rąk upadłym krewnym, w celu podkreślenia własnej doskonałości, też się tak zabawia w jakimś pubie. W końcu perfekcyjnie wpasowywała się w schemat przyszłej kobiety sukcesu. Stypendia w Stanach, nagrody, kolejne lata edukacji kończone z wyróżnieniem...

To wszystko co należało się Sarze. Ona zawsze była ładniejsza. Bardziej stawiająca na swoim. Miała smykałkę do interesów. Wszyscy typowali patrząc na nie, że jest tą starszą. Nie dawała się oszukać jak ta ckliwa kretynka, potrafiąca w dzieciństwie wrzucić całą kasę na kupno lodów, jakiemuś żebrakowi stojącemu pod marketem...

Do czasu. Do czasu, w którym ckliwa kretynka, korzystając z faktu, że jest jedyną w domu córką bez wielkiego brzucha, ukradła jej cały plan na przyszłość.

Więc tak. Wyzywała w myślach obce panny, bo widziała w nic Klarę. Co nie przeszkadzało jej też wyciągać całkiem niezależnych, oderwanych od idiotki wniosków. Mianowicie... Było fascynujące jak te laski działały na facetów. Jakby... To one miały tu moc. One rządziły. Nie stanowiły marionetek, służących tylko po to, aby od nich żądać i brać. Posiadały prawo do własnego zdania.

I w gruncie rzeczy... Od dłuższego czasu ciekawiło ją, czy dałaby radę przysłowiowo podszyć się pod taką jedną czy drugą. Choć na ułudny, nocny moment zostając czyjąś królową. Z własnej woli. I bez skrywanego strachu w oczach.

Tej późniejszej Sarze, tej od sumienia i emocji, było za to cholernie wstyd.  Ale gdy wtedy się do niego uśmiechnęła... Wydał się jej idealną zabawką dla dziecka. Taką z wszystkimi certyfikatami bezpieczeństwa. Która Cię nie skaleczy, ani nie kopnie prądem. A co najważniejsze wiele nie kosztuje. Jest jednorazowego użytku.

Wystawiona na promocję.

Albo... Czemu się oszukiwać, wyskakując z bachorkami... Uznała go... Za gryzak dla psa. Ładny, kolorowy i z wielkimi poczciwymi, szklanymi oczami. Nad którym można się wręcz rozczulić. A potem rzucić go na przysłowiowe pożarcie.

Tak.

Innym dobrym porównaniem, przynajmniej żywym, była mysz laboratoryjna. Głaskało się ją, karmiło, ważyło i mierzyło... Tylko po to aby przeprowadzić na niej eksperyment. Wstrzyknąć jej nie do końca sprawdzony, obrzydliwie zabarwiony, eksperymentalny jeszcze lek. A zaraz po nim komórki nowotworowe.

Boże.

Zdecydowanie. Gdy setki dni później, budząc się każdego ranka w jego  ramionach, zaczęła czuć potrzebę powiedzenia mu całej prawdy, to bała się ubrania w słowa tych swoich uprzedmiotawiających go myśli. Chyba nawet mocniej niż wszystkich paskudztw, którymi w życiu się zajmowała.

Ale wtedy? Wtedy nie był przecież człowiekiem, klęczącym przed nią i pytającym czy spędzi z nim resztę życia. Nie był sercem na dłoni. A jedynie chłopcem w mlecznym barze. Skrajnie nieszkodliwym chłopcem, dającym się wodzić za nos każdemu, choćby temu swojemu kumplowi, na oko lat piętnaście. Chłopcem, ledwo trzymającym się na nogach.

Który jak okazało się pół godziny później nie umiał nawet zbyt dobrze całować.

_____________________

Jeżeli są tu jakieś rażące błędy to przepraszam. Proszę mi wybaczyć, jestem tak zagoniona, że nie wiem jaki jest dzień tygodnia xD


Pisałam to tydzień temu, gdy miałam nieco wolnego czasu. A pierwotna końcówka tego rozdziału, która miała nastąpić po retrospekcji, będzie osobnym rozdziałem, bo stwierdziłam, że jest zbyt istotna, żeby tak ją napisać przelotnie i bez skupienia na emocjach. I tuż pod głupkowatymi scenkami z wiewiórką. Więc teraz taki rozdział w zasadzie o niczym. A kolejny? Jak przeżyję listopad to myślę, że w ramach nagrodzenia siebie w jakiś luźniejszy weekend na początku grudnia.  Bo długi to on nie będzie.


Bużki dziewczyny, miłego sezonu, dużo żartów i wiewiórek (tylko może to ostatnie zdecydowanie poza podium xD). I napiszcie jedno słówko jak to czytacie.


PS. Wiecie, że odkąd pierwszy raz napisałam pod rozdziałem "miłego sezonu" minęło 5 lat? xDDD 

Jakie my wtedy młode byłyśmy. I ile czasu wolnego miałyśmy :D










niedziela, 2 września 2018

4. No more playing safe.


Nienawidzimy rzeczy banalnych.

Kolejnej dennej komedii romantycznej. Sloganów w stylu tak musi być. Płacenia podatków. Godzinnego stania w kolejkach do lekarza. Żenujących i przewidywalnych pytań, które bliscy zadają nam na święta.

I ubóstwiamy rzeczy banalne.

Spanie do dwunastej. Moment oczekiwania na zamówioną pizzę z szynką czy z pieczarkami. Dojeżdżanie pociągiem do dworca, gdy stoi na nim ukochana osoba. Kupno nowej wymarzonej sukienki. Otwieranie przesyłki na którą długo czekaliśmy. Nawijanie o niczym przy winie z przyjaciółmi.

A przecież wszystkie wymienione czynności są na dobrą sprawę... Cholernie podobne. Podobne - w sensie przewidywalne. Przydarzyły się nam nie raz. Zarówno w przypadkach pozytywnych jak i negatywnych, kolejne powtórzenia będą w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach różnić się zaledwie detalikami. Mechanizm pozostanie niezmienny. Niczym alfa i omega w alfabecie. I tyle.

Więc na cholerę nam wartościowanie prostoty? Wartościowanie codzienności? Planowanie pójścia na zakupy czy zapisywanie, o której godzinie odebrać obrusy z pralni? Przecież na dobrą sprawę nic się nie stanie jak zapieprzymy. Najwyżej dopłacimy pięćdziesiąt groszy za przedłużenie terminu usługi. Albo wyjdziemy przed sąsiadami na chamów gdy po powrocie do domu skwitujemy przekleństwem, iż zapomnieliśmy w sklepie o maśle. I zamiast nas będzie się musiał po nie udać inny lokator.  Pewnie też mocno wkurzony.

Z tym, że właśnie banały narzucają nam rygor. Czynią z nas dorosłych. Pozwalają poskromić własny charakter i dać nam poczucie człowieczeństwa. Przynależności do gatunku. Ale także suwerenności w jego obrębie. Bo gdy odpowiednio je wykorzystamy... To właśnie dzięki nim jesteśmy gotowi by stanąć z życiem twarzą w twarz, gdy niebo runie nam na głowę.

   Gdy nagle sytuacja - chwilę wcześniej wydająca się oczywistą - przemieni się w krok milowy. I zmusi nas do parszywego wysiłku. W jednym celu.  Abyśmy wyszli z niej z godnością. Albo zostali dogłębnie zmiażdżeni i pogruchotani.

Pamiętajmy.

W momencie wybicia przysłowiowej godziny zero nie będzie opóźnień. Nie będzie możliwości powrotu po to, czego zapomnieliśmy. Ani telefonu do przyjaciela, z prośbą ‘zrób to za mnie’. Ani drugich szans. Ani okazji na przepchnięcie się w kolejce. Ani sprytu i oszustwa. Ani połowicznych wyborów.

Będziemy jedynie my. Patrzący we własne serce jak w ogromne lustro. Niczym chirurg, któremu na sali operacyjnej nagle w twarz pryska krew niewiadomego pochodzenia.                    I wszystko zależy od niego. Jeśli pilnie uważał na jednych jedynych, zupełnie losowych zajęciach na studiach, to rozpozna anomalię anatomiczną i ukrytą, zakrzywioną, pękniętą tętnicę. Uratuje życie. A jeśli akurat wtedy nabijał się ze znajomymi, popychając klekoczącego  kościotrupa, nazwanego przez siebie Stefanem? Nie zdąży. Choćby na wszystkich innych ćwiczeniach był w stu procentach skupiony. Choćby zdobył prestiżowe certyfikaty. Na próżno.

Decyduje sekunda. Przypadek.

Zupełnie tak jak w życiu. Gapimy się we własne odbicie i albo zobaczymy odpowiedź w szklanej tafli oczu, albo jest zbyt późno. I musimy miotać się po omacku. 

Owładnięci totalną bezwładnością.

A najbardziej paraliżuje jedna dość oczywista prawda. Błędny wybór nie skrzywdzi tylko nas. Skrzywdzi naszych bliskich. Skrzywdzi zupełnie przypadkowych ludzi. I wreszcie skrzywdzi... Przyszłość. Czas, w którym zostaniemy lepszą wersją siebie. Uczciwszą, pokorniejszą i dojrzalszą. Tą, którą zawsze pragnęliśmy być. Szkoda tylko... Że muszącą odpokutować za wszystkie minione grzechy. Za złamanie banalnych zasad własnej moralności, którą wyznacza codzienność. 

Tak malutko lecz tak wiele.

A co jest najzabawniejsze? Gdy już minie odpowiednio dużo czasu i rany przemienią się w umiejętnie maskowane blizny, to najgorszą częścią naszej pokuty przestaje być strach. I wstyd. I walenie głową o ścianę. Albo obrzydzenie względem samego siebie. Bo one odchodzą. Przestają nas gryźć po piętach ustępując miejsca ostrożności.

Wartości, której w systemie banału z całą pewnością nie zakwalifikujemy do negatywnych. Przecież to dzięki niej nie zgubimy kluczy. Nie zapomnimy nastawić budzika. I nie wpadniemy pod autobus.

Z tym, że... Podnoszenie się z upadku jest niczym rekonwalescencja po ciężkiej chorobie. Zmienia cenną, standardową ostrożność w coś paranoidalnego. Unosi ją w naszych głowach do roli bóstwa, któremu musimy składać ciągłe pokłony...



 ... Ze smutkiem nucąc sobie pod nosem, że piękne są tylko chwile. Bo już nie umiemy oddychać chwilą. Nie patrzymy na najbliższy idealny dzień, tylko na ten następny. Niewiadomy. Być może czarny i groźny. Mamy gdzieś przyczyny, rozważając ich skutki. Skutki, które zawsze przecież mogą okazać się poważne, nawet gdyby szansa na to wynosiła jeden do tysiąca.

Nie ma co mydlić sobie oczu. W odbudowywanym życiu wszystko podlega kontroli. Brak w nim słodkich, monotonnych banałów znanych na pamięć.

Przecież nie po to rezygnuje się z jedzenia słodyczy, aby nie czuć na języku beztroskiego smaku dzieciństwa. Tylko po to aby nie przytyć. Nie zamienić się w postać, która nie znosi własnego odbicia, bezskutecznie walcząc o samoakceptację. I nie zmarnować długich godzin na siłowni.

Nie po to rezygnuje się z nadużywania alkoholu aby nie wyluzować. Nie tańczyć, nie śpiewać i nie zapomnieć na chwilę o problemach. Tylko po to aby po pijaku nie rozwalić sobie łba. Nie spowodować wypadku. Nie obudzić się rano z wyrzutami sumienia i przerażającą pustką w głowie.

I tak samo można myśleć o czymś ważnym. O ludziach. O uczuciach. O relacjach. 

Tyle, że tu to jest o wiele trudniejsze. Bo o ile jasne, że wypicie litra wódki skończy się ciężkim zatruciem, a napychanie czekoladą skrajną otyłością, to nigdy nie wiadomo do czego doprowadzi nas serce. Z tym, iż człowiek z przeszłością od razu zakłada, że do najgorszego. Nie chce cierpieć, więc ucieka. W egoizm, w pracę, w obowiązki, w cholernie powierzchowne kontakty z innymi... I gdyby to pomagało to pół biedy. Wtedy kara za dawne błędy byłaby zwyczajnie połowiczna.

Ale... 

Skazywanie się na samotność wcale, nie sprawia, że nie tęsknisz. Za uczuciami. Za pocałowaniem kogoś na dzień dobry. Za oddaniem i troską. Za braniem i dawaniem. Za nieświadomością co przyniesie jutro. Za namiętnymi chwilami zapomnienia.

Za miłością. Czyli za pieprzonym lekarstwem na zło. Tym, które było i ciągle jest cholernie kuszące. Smaczne. Aromatyczne. Jedyne w swoim rodzaju.

Ale już go nie kochasz. 

A cóż można zrobić z miłością bez kochania? 

Wszystko. Poza tym co jest jej sednem. 

Poza powiększeniem swojego serca. 

Poza upiększeniem duszy. 

Poza zbudowaniem domu. 



Poza znalezieniem choćby jednego powodu. Powodu dla którego gra może okazać się wartą świeczki.



~~***~~



Góry miały miliardy zalet. Były wielkie lub małe. Dziecinnie proste we wspinaczce lub skomplikowane i zdradzieckie. Każdy chyba mógł w nich znaleźć coś dla siebie. A przynajmniej ona znalazła. Dzikość. Głuchą ciszę. I nieprzejednaną samotność. Bo gdy patrzyło się na nie wczesnym porankiem, wydawały się... Cholernie bezbronne. Otoczone przez wiatr, chmury i wszechobecną ciemność. Z tym, iż one tego chciały. Tak przetrwały miliony lat. A jeśli ktokolwiek zapragnąłby spontanicznie wspiąć się na ich szczyt, rozgarnąć mgłę i zapewnić im dostęp do słońca, przypuszczalnie otrzymałby podziękowanie w postaci lawiny. Gdyż góry nie były jak ludzie. Nie łamały pobieżnie serc. I nie żegnały się milion razy, aby potem pozwolić na kolejne banalne powroty. Gdy ktoś im przeszkadzał, załatwiały problem raz a dobrze. Unieszkodliwiając szkodliwe jednostki. A jednocześnie na zawsze pozostawiając je w swoich lodowych objęciach. I to było przerażające...

Szkoda tylko, iż z upływem lat coraz bardziej dawały się jednak oswoić. W końcu kilka wieków temu, w miejscu, w którym teraz stała znajdował się zapewne las. Długi, oszroniony i mroźny. Ubogi w jakiekolwiek kierunkowskazy czy schronienie, w którym można by było wypić herbatę, grzejąc spierzchnięte wargi. Wyobraziła sobie aż wędrowców, przedzierających się przez niemą puszczę. W ciemności. Między lodem i skałami. Drżących i nie wiedzących czy szelest wśród gałęzi starych świerków to niewinny wiaterek czy wygłodzone wilki w towarzystwie niedźwiedzi.

A teraz? Ogromne iglaki zostały wycięte, aby na ich miejsce mógł powstać stok. Wokoło ustawiono wiele słupów wysokiego napięcia. Piszczały kolejki linowe. Dzieci rzucały w siebie śnieżkami, pozbawione jakiejkolwiek kontroli. I niby to nadal były nieprzewidywalne szczyty. Mogły w dalszym ciągu zrzucić wielką lawinę, która rozproszy tłum. Z tym, że chyba już tego nie chciały. Wybrały pokój, idąc na kompromis. Oddając człowiekowi niektóre fragmenty swojego terytorium. Tak jakby oddawały ojczyznę. Oddawały fragment serca.



Warto było je naśladować?



- Mamo, skończyłam – mały, ośnieżony, mokry kształt pojawił się tuż przy niej, ciskając kaskiem na barowe krzesło – głodna jestem, więc możemy jechać.

Musiała być roztargniona i zmęczona. Tylko w takich sytuacjach tak zwyczajnie i bez powodu zwracała się do Sary 'mamo'. Zresztą... Słowo 'jechać' też trochę nie pasowało. W wieku dwudziestu dwóch lat wciąż nie dorobiła się głupiego prawka. Więc nie miała nawet zadatków. Zadatków na kobietę sukcesu, która po zamknięciu biura, wsiada do samochodu, uderza tipsami o kierownicę i leci odebrać dziecko z treningu. W międzyczasie zgarniając z dobrej knajpki jedzenie na wynos.



Można było schematyzować. O życiu, które ją zmieniło, o złych uczynkach, o zdeformowanym umyśle. Można było nawet odnaleźć w tym ziarnko prawdy. Albo i cały worek takich ziarnek. Ale w gruncie rzeczy... Jako szczęśliwej nastolatce, też nie marzyła się jej rola wzorcowej ostoi rodziny. Owszem, planowała kochać swoje hipotetyczne dzieci. Planowała bezgranicznie szaleć za ich ojcem. Planowała ciepłe ognisko przy kominku w salonie. Z tym, iż... Po powrocie z pracy. Z konferencji. Ze spotkań biznesowych. Nigdy nie zamierzała stać w kuchni przy garnkach. Odrabiać godzinami zadań domowych i świecić oczami przed nauczycielami.

Ale kto wie czy to byłoby lepsze niż nic. Komuś, kto przez tyle lat nie dorobił się chociaż debilnej matury, o karierze marzyć już nie wypadało.



Michael powtarzał jej w kółko, że ciągle może wszystko. Z tym, iż aby móc, trzeba najpierw było chcieć. A aby chcieć... Wypadałoby wiedzieć czego się chce.

- Jak się jeździło? – uśmiechnęła się pospiesznie, dopijając jednocześnie parujący jeszcze grzaniec.

Chyba takie pytania zadawały normalne matki dziecku, które odbierały z pozalekcyjnych zajęć. Zwyczajne, banalne i budujące schematyczne lecz zdrowe relacje. Chyba... Gdyż Angie wybałuszyła nagle swoje małe oczka, kręcąc głową i okazując zwyczajne zdziwienie. Na oko pomieszane z rozdrażnieniem.

- Tłumaczyłam to przed chwilą instruktorowi. I  pani, która wyjaśniała ostatnio Michiemu, jak dobrać mi nowe buty na stok. Bo Michi nie potrafił zrozumieć numeracji dziecięcej, twierdził że nawet Kraft nie ma tak małych stóp i w ogóle...

- Tylko zapytałam czy się dobrze bawiłaś – Sara ostrożnie przytuliła się do ściany. Zupełnie jakby popełniła nietakt w rozmowie z przełożonym, a nie rzuciła na odczep się marne zdanie sześciolatce. Nie rozumiała słowotoku dziewczynki.

- Ci ludzie musieli być dla mnie mili. Taka ich praca, żeby dbać czy fajnie się czuję. I naprawdę się starają, więc jestem grzeczna i zawsze im opowiadam jak było.

Angie miała nieznośne upodobanie do zbyt długich, nielogicznych wypowiedzi.

- A ja? – wyszeptała dziewczyna. Pragnąc najwyraźniej dodać coś w stylu 'kim ja jestem'. Bo skoro była mniej istotna nawet od obsługi wyciągu...

- Ciebie to ani nie ciekawi, ani nie musi ciekawić. Ale widzę, że chcesz tu jeszcze posiedzieć. Więc kupię sobie frytki. Jestem głodna, a skoro Michi mówi, że nie muszę już być aż taka oszczędna...



Czy w tym wieku powinno się wiedzieć cokolwiek o oszczędzaniu? O pieniądzach? O rozsądku?



Chyba raczej nie. Albo może wręcz przeciwnie?



Ktoś kiedyś powiedział, iż sztuką jest przekazywać nowemu pokoleniu wartości w tak przystępny sposób, aby je pokochało. I chciało przysłowiowo podać dalej, gdy samo dorośnie do roli rodziców. Tymczasem... Ona zaszczepiła w Angie tylko jedną rzecz wyniesioną z domu. Mianowicie 'bycie grzecznym'.

Bądź grzeczna, idź spać. Bądź grzeczna, przywitaj się z gośćmi. Bądź grzeczna, nie graj w piłkę w salonie. Bądź grzeczna i zjedz szpinak.

Zasady... A w gruncie rzeczy żadne zasady. W obrębie grzeczności dało się być dobrym i złym, smutnym i szczęśliwym. Tętniącym skrywanym życiem lub prawdziwie więdnącym. Bo przysłowiowe dobre obyczaje zwyczajnie zamykały dorastającego człowieka w ramach czasoprzestrzeni. Wyznaczały to, co dla każdego było identyczne. A aby zyskać tożsamość potrzebowało się czegoś więcej. Potrzebowało indywidualności.

Ona tej indywidualności nigdy nie miała. No chyba, że nazwałoby się tak zdanie w stylu możesz być kim chcesz, jeśli wybierzesz medycynę, prawo albo karierę w wielkim banku. A tymczasem... Gdyby zamiast być grzeczna mogła w  dzieciństwie być sobą, paradoksalnie skończyłaby pewnie zgodnie z rodzicielskimi oczekiwaniami. Tylko spokojnie, we własnym  tempie. Natomiast młoda raczej nigdy by się nie pojawiła. I nie siedziała teraz obok niej próbując zmyć z różowej kurtki czerwono-czarne plamy zaschniętej krwi.

Swoją drogą... Niektóre dzieciaki schodziły ze stoku ilekroć rozcięły palec o porozrzucane wśród śniegu gałęzie. A ona jeździła jak szalona. Pomimo, iż już kilka dni wcześniej rozwaliła kolana, obdarła sobie całe plecy i zafundowała szramę na głowie. Gdy jakiś gość z ochrony podbiegł do niej prosząc aby podeszła z nim do punktu medycznego, podziękowała dodając rezolutnie, że szkoda kasy za karnet na taką stratę czasu.

To paradoksalnie też miała po Sarze. Świadomość, iż żyć należy bez znieczulenia. Świadomość naiwną i połowiczną, lecz mocno zaszczepioną we krwi. I chyba o wiele bardziej wartościową w codziennym życiu niż ułudna 'grzeczność'.

- Michi skatował Cię już mnóstwem filmików, na których zjeżdżam z górki – mała poklepała ją po policzku jakby przepraszająco – i wiem, że Cię prosił żebyśmy spędzały razem więcej czasu. Więc powiemy mu, że spędzałyśmy. I będziemy wiarygodne.

- Angie...

Zaczęła się modlić, aby znudzona kelnerka z kolczykiem w uchu, przestała wreszcie pisać jakiegoś niezwykle ważnego esemesa i podała te nieszczęsne frytki.

- Kraft zawsze mówi głosem cierpiętnika, że nie umie w podryw.

- Słucham?

W sumie przejście do Krafta było cudownym pomysłem. Jak się już przekonała zawsze. I wszędzie.

- To jest taka idealna forma gramatyczna. W sensie to nieumienie. Więc on nie umie w kobiety. A my w matki i córki. Ale to chyba nie znaczy, że nie możemy poważnie porozmawiać. Jak przyjaciele, którzy...

Chryste.

- Jasne, że kiedyś...

- Teraz.



Sara wbiła wzrok w pusty kubek z ozdobionym goździkami dnem. Przeklęła w myślach wszystkie momenty, w których wkurzała ją dziecinność dziewczynki. Wychodziło na to, że dużo lepiej aby młoda biegała, zmuszała obcych do głupich podwieczorków, jęczała o zwierzaka i paplała bajeczki. Bo teraz... Teraz nie siedział przed nią przedszkolak. Tylko paradoksalnie dojrzała istota, która w cholerę wiele wie o życiu. Istota, z wyrazistymi, smutnymi oczami. Z zaciśniętymi pięściami. I z bardzo, bardzo jednoznaczną miną. Miną kobiety, w drodze do prawdy nie cofającej się przed niczym. Pieprzonej, nieszczęsnej feministki.



Wbrew pozorom nie znosiła feministek. Jak każdej zorganizowanej grupy, do której nie dało się wprowadzić własnych reguł.

Takich tylko dla siebie.



- On po prostu jest dobry, nic więcej – ton Angie na powrót zrobił się piskliwy. I na dodatek przybrał ten ufny, pełen poczucia bezpieczeństwa ton, z którym zwykle wybierało  się ulubiony smak lizaka – w sensie Michi, a nie Kraft. To znaczy Kraft też nie jest zły jak się mu da szansę, ale nieco głupi to już jest. Natomiast Michi... Ty nie umiesz być z nim szczera. Więc myśli, że poczujesz się szczęśliwsza jak mnie bardziej pokochasz. Ale nie poczujesz. I ja się o to nie gniewam, serio.



Naiwna dziewczynka? To ona była naiwna. Licząc, że ten cichy głosik równa się usłyszeniu kilku banalnych słówek.



Nawiasem mówiąc kupiła sobie ostatnio poradnik. Durną książkę o tym jak dzieci postrzegają świat. Książkę z różową okładką. Pełną kwiatków i tandetnych, małych kotków. Tudzież pustego miejsca w kolorze majtkowym, proszącego się aż aby wyryć w nim jakieś żenujące 'don't worry, be happy'. I w tej książce pisało, że gdy przedszkolaki dodają słówka typu ‘serio' na końcu zdania, to na ogół nigdy nie są poważne. Ale Angie była. Fajnie by było podkreślić to jakimś ładnym zwrotem. Ale niestety wszelakie wyrażenia, które tu pasowały wydawały się pojebane. Albo jeśli ktoś wolał chujowe.



- Michi to facet. Nie musi rozumieć kobiecego mózgu – Sara nigdy nie lubiła być zbita z tropu. Zwykle wyzywała wtedy i klęła. Na zmianę z ubieraniem przysłowiowej kamiennej maski na twarz. Z tym, iż teraz oba te rozwiązania zdały się jej równie beznadziejne. Więc spróbowała obrócić wszystko w żart. Jak zwykle w jej wykonaniu wyjątkowo mało śmieszny.

- Michi nie jest facetem – Angie zwyczajnie wybuchła – nigdy nikogo by nie skrzywdził. Ani na nikogo by nie ryczał. Ani nie rzucał w ludzi kamieniami.

Że co?

- Kochanie, jakimi kamieniami?

To było tak niedorzeczne, że aż wymknęło się jej z ust pieszczotliwe zdrobnienie.

- Wyszłaś kiedyś z takim ciągle niezadowolonym gościem, a rano wróciłaś z podbitym okiem – wytłumaczyła mała prostodusznie – zupełnie jak ja, gdy jeden chłopiec, walnął we mnie śnieżką, w której był kamień.

Jezu. Jak ona miała dorosnąć. Być normalna, kochać kogoś, zyskać przyjaciół, zrobić tą pieprzoną mniejszą lub większą karierę... Skoro myślała, że ulubione hobby mężczyzn to przemoc względem kobiet.



Nigdy wcześniej tak poważnie nie rozmawiały. I Sara liczyła, iż Angie po prostu smutnych rozmów nie potrzebuje. Jasne, nigdy nie negowała faktu, jak wiele młoda słyszała. Ale... W sławnym poradniku dla matek pisali coś jeszcze. Przedstawiali teorię o wypieraniu przez przedszkolaki zdarzeń, których nie potrafiły zrozumieć. Albo przerabianiu ich na coś słodkiego i cukierkowego. I bezinteresownie dobrego.

Z podwodną krainą się sprawdziło. Z tym, iż widocznie przez przypadek. Mądre panie piszące owe wybitne książki, chyba gówno wiedziały o dzieciach. Ich cukierkowe uśmiechy, wyłaniające się na zdjęciach spod różowej pomadki do ust, miały najwyraźniej jedynie uspokajać nadopiekuńcze rodzicielki. Sprowadzając potomstwo do roli słodkiego, małego zwierzaczka kanapowego. Którego trzeba tulić, karmić i przewijać.

Bo łatwo doradzić komuś jak dobrać śpioszki. Gorzej znaleźć sposób na wytłumaczenie sześciolatce, że granica między dobrem a złem jest cholernie zatarta. Że straszne rzeczy mogą robić też ludzie niekoniecznie będący potworami. I że rodzice to nie zawsze wzór. Wzór na którym da się oprzeć cały swój moralny światopogląd.



Nie ma co się oszukiwać. Sprowadzenie życia na Ziemię nie wymaga żadnej sztuki. Doskonale o tym wiedziała. Wystarczy mieć piętnaście lat i pierwszy raz w życiu spróbować alkoholu. Nie trzeba się starać. Nie trzeba walczyć. W gruncie rzeczy nie trzeba nawet nic pamiętać.



Ktoś tam na górze absurdalnie to wykombinował. Były pary marzące o dziecku. Przechodzące setki badań, sztucznych zapłodnień i znoszące tysiące bolesnych zastrzyków. Na darmo. A tymczasem dziewczyny wcale tego niechcące, przerażone i samotne, bez problemu zachodziły w ciążę.



Paradoks istnienia.



- To wyjątkowy przypadek – zabrała córce nieco spaloną frytkę zanurzając ją w keczupie – jednorazowe wydarzenie – pomacała się palcem po oku, zupełnie jakby w chwili obecnej też miało okazać się opuchnięte i fioletowe – na co dzień nikt nikogo nie bije.

- Ale zawsze jak przychodził do Ciebie jakiś gość – Angie przesunęła się w bok wraz ze swoim niezdrowym przysmakiem, jakby zastanawiając się czy nie przesadzi – to potem cierpiałaś. Tak żeby nikt nie zauważył,  ale jednak. Miałaś rozmyty makijaż, spocone włosy i pomiętą bluzkę. I cholernie długo siedziałaś w łazience.

- Przesadzasz – pokręciła głową – zamawiamy deser? Podobno mają tu dobrą szarlotkę.

- Mamo...

- Jak wolisz chipsy to nie ma problemu. Cebulowe? Z papryką?

- Bardzo cierpiałaś – zaakcentowała Angie – raz tak się trzęsłaś, że nie mogłam Cię uspokoić.

To było wtedy. Wtedy gdy z tym kończyła. Trochę jak z nałogiem. Nałogiem sprawiającym, że było łatwiej. Że nie musiała się wysilać.

- A potem poszłyśmy do galerii handlowej. I kupiłaś mi błyszczące rolki, choć wcześniej mówiłaś, że nas nie stać. Ale to nie sprawiło, że poczułaś się lepiej. Więc jadłyśmy pączki...

- Pamiętam – ucięła krótko.

Napchały się wtedy chyba jak wariatki. Bardzo chciała żeby Angie zapamiętała słodycze i mieniący się w słońcu prezent. A nie jej twarz. Nieświadomy przechodzień powiedziałby, że twarz biednej, bezbronnej ofiary przemocy.

- Przy nim się budzisz szczęśliwa – nic nie było już w stanie zatrzymać pechowego potoku słów – uśmiechasz się, masz okruszki ciastek we włosach, ładnie pachniesz i chodzisz w tych jego cudnych czerwonych koszulkach. Więc powinnaś mu powiedzieć...

- Że lubię jego ciuchy? – zwątpiła już w szansę zajęcia dziewczynki kartą deserów.

- O wszystkim. Wszystkim co Cię boli.

- To nie jest takie proste – westchnęła.

Przez moment serio zdawało jej się, iż rozmawia z oddaną przyjaciółką, a nie własną głupiutką córką. I to chyba uświadomiło jej, jak bardzo chciałaby mieć taką przyjaciółkę. Przyjaciółkę na każdą ranę. Zupełnie jak w dzieciństwie swoją starszą siostrę.

- Jest proste. Bo mówimy o Michim – Angie tupnęła nogą – ostatnio obudziłam go w nocy, jak przyśnił mi się koszmar – ściszyła głos – tak delikatnie, żeby nie przeszkodzić Ci spać i Cię nie wkurzyć. I wiesz co powiedział?

- Tak?

Nigdy nie pozwalała małej marudzić na nocne smutki czy złośliwe dzieci w przedszkolu. Zdawało się jej, że to taka porcja dobowego cierpienia. Zwyczajna. Z którą każdy człowiek musi sobie z godnością radzić w samotności.



Kolejna bzdura.



- Powiedział, że jeśli się czegoś boję to mam mu to opowiedzieć. Najzwyczajniej w świecie. Z najgorszymi szczegółami. Bo wtedy będziemy bać się razem. I szybciej nam przejdzie – wydęła charakterystycznie wargi, niczym wybitny znawca danego tematu, przekonany o swojej roli eksperta – przeszło. Więc z całego serca Ci polecam.



Boże...



Sara zbliżyła się do dziewczynki i po prostu ją przytuliła, brudząc sobie koszulkę keczupem z chudziutkich rączek. Zupełnie... Jakby to było normalne. Jakby codziennie przyciskała małą do serca na dzień dobry i na dobranoc. Jakby godzinami tkwiły w ciasnym uścisku. Nie na pokaz. Nie dla wszystkich dookoła. Nie z przymusu czy myślenia, że wypada. Nie przy okazji świąt czy urodzin. Tylko tak banalnie. Z głębokiej potrzeby serca.



- W przyszłości chcę być jak Michi – Angie pokiwała główką, a jej jaśniutkie włoski rozpierzchły się na cztery strony świata – ale teraz to po prostu pójdę zamówić sernik.

- Chcesz skakać na nartach? – po tych słowach Sara naprawdę się uśmiechnęła.

- Nie. Chcę przywracać ludziom nadzieję.



W wielu sytuacjach bardzo marzyła o płaczu. Nadaremno. W innych nienawidziła tego płaczu. Bezsensownie. Ale jedno było pewne. Powyższe zdanie sprawiło, iż poczuła, że ma mokre oczy.

~~***~~



W świecie metafor cholernie wiele mówiło się o burzeniu mostów. O czymś bezsprzecznie okrutnym. Odcinaniu więzi, niszczeniu pięknych wspomnień, zamykaniu szansy na powrót do krainy marzeń. Mosty definitywnie kojarzyły się dobrze. Nawet gdy jakiś wiódł jedynie na przysłowiowe manowce, to zniszczenie go bolało. Zabierało człowiekowi cząstkę siebie.

 I owszem, ktoś ma prawo spostrzec, iż po latach dostrzegamy, jak wiele dało nam zerwanie z błędną przeszłością. Ale w przysłowiowej godzinie zero, po prostu cierpimy.

 Bo mosty wydają się parszywie bezpieczne. Szkoda tylko, że zapominamy, iż nie zawsze są stalowe. Masywne. Stojące na grubych kolumnach. Pozwalające przejechać po sobie tysiącom tramwajów i pociągów. Czasem most to zwyczajna drewniana kładka. Stawiamy ją, często z trudem, zadowoleni z siebie przeskakujemy z jednej na drugą stronę, niczym dzieci bawiące się skakanką... A potem odchodzimy. Oblać sukces lub zająć się zupełnie innym problemem.

Mija tydzień, miesiąc, rok, pięć lat... Bardzo różnie. W każdym razem potem wracamy. I jesteśmy przekonani, iż wszystko będzie super. Bo przecież mamy most. Tymczasem na miejscu zastajemy rozmiękczony przez wodę, zgniły kawałek drewna. Nienadający się nawet aby przeszedł po nim ślimak. A co dopiero ludzka stopa.



Dobra wola to często taka cienka kładka. Stoi. Jest prawdziwa, namacalna i w zupełności realna. Ale gdy o nią nie zadbamy, gdy nie pociągniemy za nią czynów... Zwyczajnie wyparuje. Zniknie równie szybko jak się pojawiła. I jasne... Być może za jakiś czas zawita do nas ponownie.



Ale czy warto aż tak ryzykować?





Ona nie chciała ryzykować. Już nie. W zasadzie niczego. Gdyby miała podać jakaś przyczynę swojego ostatniego emocjonalnego zrywu, to byłaby ona właśnie taka.

      Bo fakty nie kłamały. Przechadzała się teraz po jakimś budyneczku z czerwonej cegły. Od godziny. I w sumie to był całkiem ładny budyneczek. Wszędzie stały kwiaty, automaty z kawą działały bez zarzutu, a przed wejściem szumiała mała, pokryta mchem fontanna. Wnętrze ewidentnie przypominało muzeum.  Szkoda tylko, iż jedynie pozornie. Jeżeli wystawiano tu jakikolwiek eksponat, to stanowiła go co najwyżej ludzka głupota. Gdyż tak. Wylądowała  w miejskim centrum wsparcia psychologicznego.

      Stało trzy przecznice od ich mieszkania. I jakoś w ostatnim czasie szczególnie przykuło jej uwagę. A dokładnie od momentu, w którym pomyślała sobie, że fajnie żyje się kobietom, które mają przyjaciółki.

Angie przywaliła jej kiedyś podczas awantury, czymś w stylu 'ty też masz, tylko  wyjątkowo głupie i nieudane'. Ale w tamtym świecie nie gadało się o przyjaźni. Wszelakie uśmiechy służyły co najwyżej wrobieniu kogoś w zapłacenie większej części czynszu za mieszkanie. Albo namawianiu innej osoby do błędów, aby usprawiedliwić podświadomie własne grzeszki.



        Może myliła się twierdząc, iż wyrzucanie kasy na psychologów jest bez sensu? Bo obcy człowiek słucha a nie ocenia. W gruncie rzeczy ma w dupie co do niego mówisz. Ale Ty się wyżalasz. Wyrzucasz całe wkurwiające bagno na zewnątrz. Wydaje Ci się, że obarczasz nim inną osobę. Jak w sztafecie na stadionie lekkoatletycznym. Kolejna zmiana bierze na siebie wraz z pałeczką ciężar gry, a Ty możesz się zatrzymać. Stanąć w miejscu. Przestać biec.

     Chciała rozmowy bez krytyki. Czegoś w stylu rób w przyszłości to i to, a nie jak mogłaś upaść tak nisko. Chciała jednorazowego zaufania. Kogoś kto spojrzy na nią jak Michael. Z tym, iż... Nie będzie Michaelem.



A dlaczego?



Nie bała się rozstania. Jasne, z każdym dniem, widząc jak bardzo zmienia się Angie, wyobrażała je sobie coraz mniej. Ale tu wcale nie o to chodziło. Tylko... Po pierwsze o litość. Nie dałaby sobie rady w roli małej dziewczynki, którą trzeba się opiekować. Jasne, blondas zawsze trochę ją niańczył. Jednak jednocześnie czuła się w tej zabawie zwanej związkiem równorzędnym partnerem. Wiadomo było, że ma swojej zdanie i potrafi tupnąć nogą. Nie zamierzała pozwolić, aby to się zmieniło.

A po drugie... Szkoda by było go stłamsić. I zniszczyć. Nie potrafiła zapomnieć jak zareagował na opowieść o małej marzącej żeby się utopiły.

Wcale nie opowiedziała mu tego, w ramach zwierzeń. Zwyczajnie bajka o durnej podwodnej krainie wyszła z rozmowy. Ona próbowała tylko wyjaśnić skąd się wzięła. Bez żadnej głębi. W końcu mówiła o samobójstwie zupełnie obcej osoby. Skądinąd jednym z wielu. Wcześniej była w życiu cichym świadkiem jeszcze dwóch innych. I nad żadnym głębiej się nie pochyliła. Musiała przecież utrzymać dziecko i zemścić się na rodzinie. Nie miała czasu na opłakiwanie kogoś kto sam wybrał śmierć.

A Michi? Wyglądał na przerażonego. Zupełnie jak gdyby w tej anonimowej lasce widział siostrę czy matkę. Więc skoro tak nieistotne rzeczy go tłamsiły...

Zostałby z nią albo nie. Ale niezależnie od wszystkiego prawda zniszczyłaby mu system wartości. Uśmiechał się często do niej, gadając, że jest wspaniała. Bo co jak co, na ludziach to on się zna...



Już na jabłkach bardziej się znał, choć notorycznie zdarzało mu się kupować zgniłe.



Kurczę.



Coś jeszcze się zmieniło. Zaczęło jej parszywie zależeć, aby go nie skrzywdzić.

I to wcale nie wynikało tylko z egoizmu. Już nie.



Słowo już pomalutku zajmowało kluczową pozycję. W ocenie... W zasadzie wszystkiego.



Oparła dłonie o szklaną szybę gablotki z informacjami. Po jaką cholerę ona tu przylazła? Nie mogła znaleźć wśród kolorowych kartek z proponowanymi formami pomocy nic dla siebie. Anonimowi alkoholicy, narkomani, nastolatki wdychające dopalacze? To było za banalne. Wsparcie tłamszonych przez lata ofiar przemocy? Gdzie tam. Nikt nigdy na nią w domu palca nie podniósł. Wręcz przeciwnie. Pamiętała jak jeden dzieciak szarpnął ją w szkole, drąc jej leciutko kurtkę, gdy miała osiem lat. Chyba nikt nie zrobił smarkaczowi (i całemu gronu pedagogicznemu) większego piekła z życia niż jej rodzice wtedy.

Co jeszcze? Warsztaty asertywności? Kurs kreowania potencjału? Prychnęła. Umiejętności skupienia uwagi na własnej osobie akurat bynajmniej nie potrzebowała pomnożyć. Albo... Raczej jej dziwne nowe życie nie potrzebowało.

 Ani troszeczkę.



Zaczynała się czuć pacynką.



Z typowym dla swoich ust grymasem zażenowania zrobiła parę kroków w głąb korytarza. I znalazła się wprost pod drewnianymi drzwiami, zza których dobiegała cicha spokojna muzyka. Muzyka przypominająca śpiew ptaków. Szum morza. Falowanie gałęzi w lesie. Muzyka przyciągająca człowieka. Człowieka, którym niewątpliwie była. Więc jakoś instynktownie zajrzała do środka.

         Przy dużym okrągłym stole siedziała grupka ludzi. W bardzo różnym wieku, od nastolatków po staruszki. Byli tak zajęci jednocześnie podniosą i kojącą, z całą pewnością dziwną atmosferą, iż nawet nie zauważyli jej wtargnięcia. Więc stanęła sobie w miejscu. Jak posąg, któremu widać zbyt dokładnie wyrzeźbiono oczy, bo gapi się na wszystkich dookoła niczym skończony dureń.

I tak sterczała.



W powietrzu unosił się delikatny zapach dymu. A spokojne skupione postaci wpatrywały się w dogasającą świecę. Sprawiali wrażenie wyjątkowo rozmodlonych. Przypominali jej ją samą, z czasów gdy była małą dziewczynką. Rodzice zawsze pilnowali aby przed snem złożyła rączki i podziękowała za miniony dzień. Nawet gdy od rana niebo straszyło gradowymi chmurami. Albo gdy chorowała na anginę, nie mogąc wydusić z siebie choćby słowa. Cóż. Może w wykonaniu dorosłych modlitwa wyglądała tak samo? Cholera wie. Nigdy  tak na serio nie próbowała. Zbyt ciężki wydawał jej się dobór słów. I zbyt absurdalny.

         Dopiero po dłuższym czasie ogarnęła po co w pomieszczeniu panował tak parszywie intymny klimat. Ci ludzie mieli tylko i wyłącznie czarne ubrania. Tak totalnie. Łącznie ze skarpetkami i kolczykami. Wtargnęła na spotkanie grupy wsparcia. Dla osób, które straciły bliskich.



Super pocieszające. Idealnie dla niej.



Zamieniła się w słuch. Jakiś pyzaty nastolatek opowiadał właśnie o dziewczynie, która zginęła jadąc motorem po autostradzie. A kobieta w średnim wieku o swoim mężu, niespodziewanie zmarłym na zawał. Co by pomyślała na co dzień? Że tępa smarkula gwiazdorzyła pewno szalejąc na drodze bez kasku. I że niepoważny staruszek opychał się kiełbasą, zamiast dbać o serce.

Skoro ona musiała boleśnie płacić za każdą głupotę zrobioną w życiu to dlaczegóż miałaby współczuć innym błądzącym?

Ale w słowach tych nieszczęsnych żałobników było coś... Mocnego. Choć wspominali codzienne banalne sytuacje. Obiady, zakupy, jazdę na rowerze. Z tym, że w parszywie osobisty sposób. Trafiający do serca.

Gdyby straciła kiedyś kogoś ważnego, w życiu nie poszłaby na takie spotkanie.

Bo można było odnieść wrażenie, iż po sali przechadzali się zmarli. A ból należało grzebać. Nie pielęgnować.

Nie traktować z miłością.



Miłość... Coś pojebanego. Coś głęboko przez nią znienawidzonego. Lecz jednocześnie coś co cholernie szanowała.

 Owszem. Przeszły jej w życiu przez usta miliardy kłamstw. Mniejszych... Większych... Istotnych lub totalnie bezsensownych. Łgała jak z nut. Oszukiwała, naciągała na kasę i składała fałszywe przysięgi. Ale kocham cię... Okazało się zupełnie inne. Nie mogło zostać wypowiedziane dla zysku. Dla osiągnięcia celu.

Problem w tym, że coraz częściej cisnęło się jej na usta.



Delikatnie zamknęła drzwi, ubierając pospiesznie czapkę.

Nie. Nie była dzieckiem, które pokona własne lęki, bo komuś się wyryczy. A anonimowi specjaliści wysłuchujący zwierzeń na godziny nie byli Michaelem.



Problemów nie rozwiązywało się od końca.



Nadszedł czas aby wrócić na start.

__________________


rocznej przerwy to chyba na żadnym opowiadaniu jeszcze nie miałam.
czekał ktoś?


ps. tekst się rozjechał jak zawsze